~Uciec pociągiem od przyjaciół, wrogów (...) wystarczy tylko wybiec z domu. ~
*Federico*
Mijają już kolejne dni, a Ludmiła się nie budzi. Doktor mówi, że jej stan jest stabilny, ale ja nie ufam lekarzom.
Bardzo martwię się o moją Lucię. I o Olivię. Są całym moim życiem. Jeśli coś stanie się którejkolwiek z nich, czuję, że się załamię.
Ale im nie może się nic stać... Nie może. Nie stanie... Każdego ranka modliłem się o to, by były całe i zdrowe. Prosiłem, by Ludmi w końcu otworzyła swe piękne oczy. Ale na razie to nie daje skutków... Czasami zaczynam wątpić w istnienie Boga.
Nie raz, nie dwa, zdarzało się tak, że już sądziłem, że nie istnieje... a nagle działo się coś, co sprawiało, że znów mogłem pokładać w Nim nadzieję.
Tak było i tym razem. Stwórca znów odezwał się w najmniej oczekiwanym momencie...
~,~'~,~
Wszedłem do szpitala, jak co dzień, po lekcjach w Studiu. Od razu skierowałem się do sali, w której leżała moja żona. Kilka metrów przed drzwiami zatrzymała mnie pielęgniarka.
- Nie może pan tam teraz wejść - powiedziała na pozór spokojnie, choć po gestach jej rąk wyczułem, że coś jest nie tak.
- Ale dlaczego? - zapytałem, ignorując jej zakaz i robiąc krok do przodu.
Kobieta przeniosła wzrok na zamknięte drzwi. Nie mówiła nic.
Zrobiłem kilka szybkich kroków w stronę wejścia do sali.
-Stój! - krzyknęła za mną.
Dyżurna złapała mnie za ramie i odciągnęła na bok. Po chwili z pomieszczenia wypadli lekarze. Mieli ze sobą to dziwne łóżko na kółkach, a na nim Lu. Była podłączona do kroplówki. Tak jak przez ostatnie dni.
- Co się dzieje? - wysapałem, dorównując kroku mężczyzną w kitlach.
- Akcja serca pacjentki jest niestabilna - oświadczył jeden z nich tonem zupełnie pozbawionym uczuć.
- Próby wybudzenia pańskiej żony nie powiodły się. Jej stań się pogarsza - dodał drugi, trochę bardziej uczuciowo.
Zagryzłem nerwowo dolną wargę. To jeszcze nie musi oznaczać, że... Oby.
Nie. Ludmiła nie może umrzeć. Nie ona. Powstrzymałem napływające do oczu łzy. Będzie dobrze... Musi być.
Złapałem ją za dłoń. Nie miałem zamiaru puścić.
Szliśmy przez długi korytarz, na którego końcu znajdowała się sala reanimacyjna. Boże, tylko nie to... Niech ona żyje. Błagam.
Zamknąłem oczy. Cholera, wszystko się wali. Niech czas chociaż na chwilę się zatrzyma. Niech ten popieprzony los pozwoli mi nacieszyć się obecnością Luci. Przecież ja ją tak mocno kocham...
Odemknąłem powieki i raz jeszcze spojrzałem na blondynkę. Była blada i bardzo wymizerniała przez ostatni tydzień. Jej włosy nie błyszczały. Usta spierzchły. W rogówkach zebrał się piasek. A mimo to, wyglądała pięknie. Kąciki moich ust uniosły się lekko. Wtedy uświadomiłem sobie, że wszystko się ułoży.
Przejechałem dłonią po czole mojej ukochanej, odgarniając z niego niesforne kosmyki jej włosów. Kilka sekund potem medycy zniknęli z nią za dużymi drzwiami.
Bezsilny, opadłem na krzesło. Wziąłem kilka głębokich wdechów, po czym udałem się do domu.
*Violetta*
Mam już serdecznie dosyć tego, że wszyscy mnie okłamują. To, że wyglądam na naiwną, nie znaczy, że taka jestem!
Doskonale wiem, co się dzieje i działo w mojej rodzinie. Oni naprawdę sądzą, że jestem taka głupia? Wydaje im się, że nie poznam prawdy? Że nie dowiem się, co stało się z moją matką? Jeśli tak, to się grubo mylą, bo właśnie odkryłam, jakie wydarzenia naprawdę miały miejsce.
Cholera jasna! Nienawidzę ich. Nienawidzę każdego z osobna. Ojca, Angie, Olgi, Ramallo, babci. Nienawidzę ich tak szczerze i bardzo. Antonia także nienawidzę. Jak oni wszyscy mogli mi to zrobić?!
Całą moją siłę włożyłam w uderzenie,którym obdarzyłam poduszkę. Nie sądziłam, że mam tyle siły, by rozerwać poszewkę, ale tak właśnie się stało. Białe piórka poczęły latać po całym moim pokoju, co chwilę unosiły się i opadały.
Westchnęłam głęboko. Nie potrafiłam wyzbyć się tego nadmiaru negatywnej energii, którą miałam w sobie.
Jeszcze raz rzuciłam okiem na kartkę z tekstem piosenki, napisanej przez Marię Castillo.
18.08.2001r.
Nikt nie wie co jest
Nikt nie wie co jest
za tymi oczami.
Za tą maską.
Chciałabym, abyśmy mogli zacząć od nowa
I cofnąć czas
By naprawić przeszłość.
Tylko tyle miałam. Wiedziałam, że to nie jest cały tekst. Ktoś oderwał połowę kartki. Jedno było pewne. Zostało to napisane w dniu jej śmierci.
Czy dając mi pamiętnik Marii nie powinni go najpierw przejrzeć? Jeśli chcieli utrzymać wszystko w tajemnicy...
Nie ważne. Zrobili, co zrobili, a mi to wyszło na dobre. Im nie, mi tak. Mi tak, im nie.
Kiedy przeczytałam tą piosenkę, jako ostatnią w całym notesie, poczułam dziwny zew. Coś wołało mnie, bym szukała. Coś mówiło mi, że tak naprawdę nic nie wiem. Coś krzyczało, żebym przestała bać się zakazów i poszperała trochę.
Po kilku bardzo długich godzinach znalazłam coś, co wszystko wyjaśniło.
Odłożyłam papier na biurko. Przeczesałam włosy ręką. Poczułam się głodna, więc postanowiłam, że zejdę po coś do jedzenia. Liczyłam, że nie zastanę nikogo na dole, ale bądźmy szczerzy, czy to aby możliwe, żeby w moim domu nie było nikogo po godzinie ósmej wieczorem? Nie wydaje mi się. Tata siedział na kanapie i oglądał wiadomości. Minęłam go bez słowa. W kuchni była Angeles. Do niej też się nie odezwałam. Wyjęłam z lodówki jogurt, wzięłam łyżeczkę i starałam się wrócić do pokoju, ale nie udało mi się to.
- Violu, coś się stało? - zapytała kobieta.
- Ty się stałaś - warknęłam, nawet się nie odwracając.
Byłam już prawie a schodach, ale oczywiście mój "kochany" ojczulek czegoś ode mnie chciał.
- Violetto nie zapomniałaś o czymś? - złapał mnie za nadgarstek.
- A ty? - bąknęłam. - A ty o czymś nie zapomniałeś?!
- Nie rozumiem o czym mówisz - wzruszył ramionami.
- Świetnie. Jesteś wzorowym ojcem - prychnęłam.
Próbowałam mu się wyrwać, ale z każdą sekundą jego ręka coraz bardziej zakleszczała moją, tym samym uniemożliwiając jej ruch i dopływ krwi.
- To boli! Puść mnie! - krzyknęłam.
Wtedy zjawiła się Angie i spiorunowała Go wzrokiem.
- Zostaw ją! - rozkazała.
Posłuchał jej. Cofnęłam się na kilka kroków. Nie chciałam tchórzyć. Nie mogłam uciec.
- Nienawidzę was!- wydusiłam wreszcie, po dłuższej chwili niezręcznej ciszy.
Dla nich niezręcznej - nie dla mnie. Dla nich tak - dla mnie nie. Dla mnie nie - dla nich tak.
- Violu, spokojnie. Co się stało? - blondynka pogładziła mnie po włosach.
Pod powiekami zebrały mi się łzy, ale starałam się je powstrzymać
- Wydaje wam się, że jestem idiotką?! - wrzasnęłam, wyrywając się z jej objęć.
Spojrzeli po sobie, zakłopotani.
- Wiem... Wiem wszystko. Wiem, że Angie jest moją matką! Wiem to! I kiedy mieliście zamiar mi o tym powiedzieć?! Co?! Kiedy?!
Usta mojej mamy, bo chyba mogę ją tak nazwać, zaczęły drżeć, a wzrok ojca utkwiony był w pustej przestrzeni.
- To przez was mama nie żyje. Nie było żadnego wypadku. Popełniła samobójstwo, bo dowiedziała się o waszym romansie. Dobrze o tym wiecie. Tylko jednego nie rozumiem. Jak mogliście tyle lat to przed nią ukrywać. Jak mogliście utrzymywać w tajemnicy, to, że jestem WASZĄ córką. A co się zatem stało z moją przyrodnią siostrą? Tą, która urodziła się tego samego dnia. Tą, o której pisze Maria w swoim pamiętniku? Jak ona się do cholery nazywa!? Pewnie nawet nie wiecie. Nienawidzę was. Nienawidzę!
- To przez was mama nie żyje. Nie było żadnego wypadku. Popełniła samobójstwo, bo dowiedziała się o waszym romansie. Dobrze o tym wiecie. Tylko jednego nie rozumiem. Jak mogliście tyle lat to przed nią ukrywać. Jak mogliście utrzymywać w tajemnicy, to, że jestem WASZĄ córką. A co się zatem stało z moją przyrodnią siostrą? Tą, która urodziła się tego samego dnia. Tą, o której pisze Maria w swoim pamiętniku? Jak ona się do cholery nazywa!? Pewnie nawet nie wiecie. Nienawidzę was. Nienawidzę!
- Milcz! - ojciec podszedł do mnie.
Zamachnął się....Czas zwolnił... Zamknęłam oczy, odruchowo. Uderzył mnie w policzek, z otwartej dłoni. Zatoczyłam się na ścianę i upadłam.
Zamachnął się....Czas zwolnił... Zamknęłam oczy, odruchowo. Uderzył mnie w policzek, z otwartej dłoni. Zatoczyłam się na ścianę i upadłam.
Jak o mógł to zrobić?! Jak mógł podnieść na mnie rękę?!
Nagle poczułam się taka mała i bezsilna. Potrzebowałam ciepła. Podniosłam się i bez chwili zastanowienia, wybiegłam, trzaskając drzwiami.
Było ciemno. Księżyc zasnuły chmury. Tylko nieliczne latarnie rozrzedzały mrok. Było mi tak strasznie źle. Nie tylko na duszy i sercu. Bardzo bolała mnie policzek. Starałam się nie myśleć o bólu. Przejechałam palcem wskazującym po miejscu, w które zostałam uderzona. Gdybym mogła, krzyknęłaby.
Zagryzłam wargi i z wszystkich sił starałam się nie rozpłakać. Jednak nie mogłam długo wytrzymać. Łzy same ciekły.
Kierowałam się w stronę domu mojego chłopaka. Tylko on mógł teraz sprawić, że poczuję się bezpiecznie.
Nie spieszyło mi się. Chłodne powietrze działają kojąco na moje zharatane nerwy.
*Leon*
Siedziałem przy keyboardzie i starałem się skomponować jakąś piosenkę, jednak nie bardzo mi to wychodziło. Niby wpadały mi do głowy pomysły. Setki pomysłów. A nie umiałem ubrać ich w słowa. To nie takie łatwe, wbrew pozorom. Odszedłem od instrumentu i usiadłem na parapecie. Zapatrzyłem się w niebo. Szkoda, że nie było widać gwiazd. Kiedy na nie patrzę, zawsze wszystko wydaje się takie banalne.
Nagle usłyszałem dzwonek. Spojrzałem na zegarek. Było przed dziesiątą. Niechętnie zwlokłem się po schodach i podszedłem do drzwi, by je otworzyć. Po drugiej stronie zobaczyłem osobę, której nigdy w życiu bym się nie spodziewał. Nie o tej porze. Nie w takim stanie. Widać było, że płakała. Miała podkrążone oczy, opuchniętą twarz, rozmyty makijaż i rozczochrane włosy. Jej policzek "zdobił" sporych rozmiarów siniak.
Nie pytałem co się stało. Nie było w tym sensu. To chyba było oczywiste. German ją uderzył. Przeczuwałem, że prędzej czy później do tego dojdzie.
Przyciągnąłem dziewczynę do siebie i mocno przytuliłem. Wziąłem ją na ręce i zaniosłem do salonu. Tam, posadziłem ją na fotelu.
- Mamo, Violetta dzisiaj u nas przenocuje - oznajmiłem.
Spojrzała na dziewczynę. Dostrzegła limo na jej twarzy i szybko pokiwała głową. Wstała i udała się na górę, pewnie po to, by przygotować Vilu coś ciepłego, w czym mogłaby spać, ręcznik i inne tego typu rzeczy.
W tym samym czasie tato poszedł po coś do jedzenia, a ja zostałem, by jej pilnować. Wziąłem do ręki uprzednio zmoczony kawałek papieru i przemyłem nim ciemną plamę na twarzy Violi. Widziałem strach w jej oczach. Najmniejszy dotyk sprawiał jej ból. Starałem się być jak najdelikatniejszy.
Po chwili do pokoju wrócili moi rodzice. Violetta zjadła tosty przygotowane przez mojego ojca i wypiła kakao, po czym poszła na górę by przygotować się do snu. Ja w tym czasie wybrałem jakąś komedię, bo moja rodzicielka zaproponowała byśmy wszyscy razem obejrzeli coś wesołego na rozluźnienie atmosfery. Nie powiem, spodobał mi się ten pomysł.
Obudziłam się w ciemnej sali. Początkowo w ogóle nie mogłam przypomnieć sobie co się stało. Wiedziałam, że jestem w szpitalu. Poznałam to po zapachu kroplówki. Chyba zbyt wiele razy byłam już "karmiona" tą substancją.
Moje oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności. Mogłam dostrzec już, że leżę w dość obszernej sali, sama. Obok łóżka stał stolik i krzesło, a po drugiej stronie aparatura.
Chciałam odwrócić się na bok, ale nie mogłam. Byłam bezsilna, a jakby tego było mało, wszystko bardzo minie bolało. Poczynając od koniuszka głowy, po stopy.
Mogłabym porównać to uczucie, do wbijania w ciało tysiąca igieł. Każdy najmniejszy ruch, paraliżował mnie całą. Miałam wrażenie, że coś uciska mi serce. Z trudnością oddychałam. Ale jednak żyłam.
Starałam się, odtworzyć w głowie całą sytuację. Ale nic nie przynosiło zamierzonych efektów. Moja pamięć miała wielkie luki, a ja nie umiałam ich powypełniać, w dodatku niewiedza to coś, czego nie mogę znieść. Jestem bardzo ciekawską osobą.
Miałam nadzieję, że Federico zjawi się niebawem, bo tylko on jeden mógł mi to wszystko wyjaśnić.
Dopiero po kilku chwilach zdałam sobie sprawę, że musi być środek nocy, bo księżyc w postaci małej kuleczki zwisa jak bombka z choinki otoczony miliardem migających światełek - gwiazd.
Właśnie! Choinka. Były święta...
Wszystko zaczęło wracać. Wzdrygnęłam się na wspomnienie obezwładniającego zimna, a następnie ciepłego napoju, który doszczętnie omotał mój umysł nie pozostawiając ani jednej szparki, by dotarło do niego światło. Przed oczami stanął mi obraz gorącej herbaty z imbirem, która zamiast pomóc, jeszcze bardziej mi zaszkodziła.
Leżałam tak, jeszcze przez długie godziny, myśląc, jak mogło dojść do tego wszystkiego, ale naprawdę nic nie przychodziło mi do głowy.
*Federico*
Obudziłem się wcześnie rano z przeczuciem, że u Lu wszystko dobrze. Ubrałem się i ogólnie wykonałem całą poranną rutynę, po czym udałem się do szpitala. Z uśmiechem powitałem nowy dzień. Szedłem szybkim krokiem ulicami, a właściwie chodnikami, wdychając mroźne, styczniowe powietrze. Śnieg trzeszczał pod moim butami. Śnieg... Lu tak bardzo się z niego cieszyła. Mam nadzieję, że jeszcze zdąży wykorzystać chwile, zanim biały puch zupełnie zniknie.
Nawet nie spostrzegłem się, kiedy byłem już pod wejściem na oddział. Pchnąłem szklane drzwi i ruszyłem korytarzem w stronę sali żony. Zapukałem lekko. Zawsze należało pukać. Takie były wymogi.
Usłyszałem cichutkie"proszę". To ewidentnie był głos Lud. Wiedziałem, że mi się nie przesłyszało. To była ona! Mówiła, to znaczyło, że się obudziła.
Poczułem, jakby kamień spadł mi z serca. Byłem niesamowicie szczęśliwy. Czułem, że mógłbym przenosić góry.
Przestąpiłem próg, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Lucia patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi, nieziemsko pięknymi oczami.
Kąciki ust blondynki uniosły się lekko, prawie niedostrzegalnie.
- Jak długo... - wychrypiała.
- Ciii. Oszczędzaj się maleńka. Nie mów dużo, to sprawia, że się męczysz. Ja sam nie mogę odpowiedzieć ci na zbyt wiele pytań, bo wiem niewiele więcej niż ty, kochanie. Dziesięć dni. Jesteś to już dziesięć dni - pochyliłem się nad dziewczyną i złożyłem na jej czole delikatny pocałunek.
Do sali wszedł lekarz prowadzący i poprosił mnie "na słówko",
- Panie Pasquarelli - zaczął. - Jak pan wie, wczoraj musieliśmy ratować życie pańskiej żony. Teraz jest już wszystko dobrze. Ale jedno mnie martwi... Takie działanie ma tylko jedna substancja... chodzi o to, że najpierw osłabia organizm, by potem zaatakować. Ktoś próbował otruć panią Ludmiłę. Gdyby nie szybka akcja reanimacyjna, być może... - odchrząknął znacząco. - Ona jest w ciąży, proszę zwracać na nią szczególną uwagę. Nie może się przemęczać. W tym momencie jest obolała, ale praca wszystkich narządów wewnętrznych jest prawidłowa. Martwi mnie tylko stan jej trzustki. Podejrzewam, że pacjentka zapadła na cukrzycę ciążową. Ale proszę się nie niepokoić. Ponad 50% ciężarnych kobiet zapada na tą dolegliwość. Są to niestabilne poziomy cukru we krwi, spowodowane niewydolności trzustki właśnie. Podczas ciąży to naturalne, że narząd ten jest osłabiony i nie pracuje jak potrzeba. Przy wypisie pana żona dostanie glukometr, urządzenie do pomiaru cukru i peny, specjalne strzykawki do podawania organizmowi insuliny, czyli preparatu zastępczego, do tego, produkowanego, przez niewydolny narząd. Będzie musiała trzymać się ścisłej diety...chyba, że złoży pan wniosek o pompę insulinową, jeśli zostanie ona panu przyznana, bądź wypożyczona, będzie to wyglądać nieco inaczej, gdyż urządzenie to jest podłączone do ciała chorego non stop, poza kontaktami z wodą. W pośladek, udo lub ramie trzeba wbić wenflon, połączony z rureczką, przez którą sączy się ów płyn... Dokładniej zostanie państwu wszystko objaśnione na indywidualnym szkoleniu, za kilka dni, jeśli podejrzenia się potwierdzą. Już dzisiaj wieczorem się z panem skontaktuję i powiadomię o wynikach badań z krwi.*
Doktor odszedł, a ja stałem jak słup soli, spoglądając za nim. Boże, o czym on do mnie mówił?
Odwróciłem się na pięcie i wróciłem do pomieszczenia, w którym przebywała Lusia. Co ja jej miałem powiedzieć? Ludmi, kochanie, ktoś chciał cię otruć? Wykluczone. Załamałaby się. Tym bardziej, że nie mam bladego pojęcia, kto mógłby chcieć jej śmierci... Chociaż...Przecież! Przecież ktoś już jej groził... Że też byłem taki głupi i zgodziłem się to odwlec. Powinienem siłą zaciągnąć ją na komisariat, od razu, kiedy się dowiedziałem.
- I co ci... - odezwała się Lu.
- Cichooo - ponownie jej przerwałem. Nie może mówić, będąc tak słaba. Martwię się o nią. - Nic kochanie... Nic takiego mi nie mówił... zrobią ci badania, skarbie - szeptałem smutno. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Ale musisz na siebie uważać i bardzo się oszczędzać. Kocham cię słoneczko, bardzo cię kocham.
*Francesca*
Weszłam do domu, po ciężkim dniu w Studiu. Rolety były zasłonięte, co mnie trochę zdziwiło, bo mój tata zawsze dba o to, by do wnętrza dostawało się światło. Jako architekt jest wielkim estetą. Weszłam do salonu, gdzie panował zupełny mrok. Szukałam włącznika, wodząc dłonią po gładkiej powierzchni ściany. W końcu wyczułam go. Kliknęłam. Jaskrawe światło żarówkowe oślepiło mnie. Zamknęłam oczy, a kiedy je otworzyłam, czułam jak kolana się pode mną uginają. Zrobiło mi się słabo. Brakowało mi powietrza. Odwróciłam się. Dopadłam do drzwi. Wybiegłam na ulicę, przy okazji wpadając na kogoś. Odważyłam się unieść wzrok. Och, cóż, świetnie, Diego. Lepiej nie mogłam trafić.
Nie bardzo wiedziałam co zrobić. Nie chciałam zbytnio oddalać się od domu, jednak nie mogłam przebywać obok tego chłopaka... i tak wystarczy, że w szkole ie daje mi spokoju. O powrocie do mieszkania nie było nawet mowy.
Stałam więc na środku chodnika. Zupełnie nieruchomo. Pozwalałam, by Hiszpan trzymał mnie za ramiona. Mówił coś, ale do minie te słowa nie docierały. Spojrzałam w stronę budynku, z którego wybiegłam. Zamrugałam kilkakrotnie. Gwałtownie wyrwałam się z objęć chłopaka.
- Diego, pomóż - wychlipałam.
Bez słowa pociągnął mnie w stronę wejścia. Zamknęłam oczy. Nie mogłam znieść tego widoku. Nie chciałam wierzyć w to, co miałam podane na tacy, czarno na białym.
- Francesca...czy to to... twój ojciec? - zapytał.
Odemknęłam powieki. Omiotłam wzrokiem ciało, pozbawione duszy, luźno zwisające z sufitu. Zwłoki kołysały się lekko.
Kiwnęłam głową na tak. Owładnął mną smutek, bezgraniczna rozpacz. Skuliłam się w i zaczęłam płakać. Rzewne łzy wypływały spod moich powiek, mocząc ubranie. Nie bardzo się tym jednak przejęłam. Właśnie straciłam ojca! Najważniejszego człowieka w moim życiu!
Diegito zadzwonił po policję. Zjawili się dosyć szybko. Zabrali mojego ojca do prosektorium, by dokonać analizy zwłok, czy coś takiego.
Nie mogłam się uspokoić. Nawet nie byli w stanie przeprowadzić ze mną przesłuchania. Diego zeznał jak było, a ja siedziałam w kącie i zanosiłam się od płaczu.
Funkcjonariusze poszli. Zostałam sama z brunetem.
Tym razem nie protestowałam, kiedy mnie przytulał. Nie narzucał się. Był jak dobry przyjaciel. Wyrozumiały, spokojny i cierpliwy. W takim chłopaku chyba mogłaby się zakochać...
*Ludmiła*
Federico siedział u mnie pół dnia. Jestem mu za to bardzo wdzięczna. Kiedy on jest przy mnie, czuję się, jakby przybywało mi sił. To takie niesamowite uczucie.
Jednak widzę, że coś go trapi. Myśli o czymś zawzięcie i nie chce mi powiedzieć o czym. Nie chce mnie martwić... Ale ja właśnie martwię się jeszcze bardziej, kiedy nie wiem o co chodzi. Wtedy myślę, szukam rozwiązać...
Leżenie w łóżku i wpatrywanie się w sufit nie jest zbyt ciekawym zajęciem. Ani zajmującym.
Tak bardzo się nudziłam. Chciałbym już być w domu. Usiąść wygodnie, przed telewizorem, razem z mężem, zrobić popcorn i obejrzeć jakiś horror.
Lubię się bać, ale tylko na filmach. Tylko, kiedy jest obok mnie ktoś, kto mógłby mnie ochronić.
Jeju, jak to wszystko się zmienia... Jeszcze tylko dwa tygodnie do moich dziewiętnastych urodzin... Dopiero co kończyłam osiemnaście lat, a to minął już prawie rok.
Nie lubię zmian. Zwłaszcza nie nagłych i świadomych. Nie lubię zmian w tym, do czego się przywiązuję. A przywiązuję się do wielu rzeczy. To jedna z moich licznych wad...
Lili nigdy się do niczego nie przywiązywała. Łatwiej było mi być Lili niż Ludmiłą. Dlaczego z niej zrezygnowałam? Nie powinnam...
*Kochani, to nie jest tak, że ja się popisuję, czego to ja nie wiem, ani nie tak, że przepisałam to z jakiejś strony czy czegośtam, ja po prostu... dobra, nie wiem jak Wam to powiedzieć... mam do czynienia z tą dziedziną medycyny.
~
Tam tara ram tammmm tam!
Proszę państwa mamy rozdział 43 :D
I powiem tak: Jest całkiem niezły, ale mógłby być lepszy. Podobają mi się 3/7 fragmentów i 2 tak w połowie, więc chyba nie jest źle ;)
Kochani, mam taką prośbę... bo wiem, że są osoby (nie mówię, że wśród Was, ale wiem, że są), które czytają tyko wybrane fragmenty. Ten rozdział jest bardzo zawiły ( i patologiczny ;-;) dlatego prosiłabym, żeby przeczytać całość, bo choć może się wydawać, że jedno w drugim nie ma nic wspólnego, to za kilka rozdziałów zbiegnie się w całość.
~
Spojler z 44:
- Francesca znajduje list od ojca z szokującą wiadomością
- Lu wychodzi ze szpitala.
- Federico dowiaduje się, kto chciał zabić Ludmiłę.
~
Kocham Was mocno, mocniutno, najmoooooocniej na świecie, moje mysiaczki pysiaczki :*
~
Komentujesz -> Motywujesz :)
~
Przepraszam za błędy. Jestem padnięta, nie mam siły ich poprawiać. Zrobię to potem.